Opowieść pierwsza: koniec świata
Chłopak siedział od rana na gałęzi. Przygotował sobie kilka kulek z błota, ułożył w szeregu w zasięgu ręki i od czasu do czasu ciskał gdzieś przed siebie, trafiając prosto w przechodzących w okolicy ludzi. Jedna wpadła do wiadra z pomyjami kuchty. Druga rozprysnęła się we włosach Magdy, pokojówki zmierzającej do ustępu. Trzecia trafiła wojaka, który plątał się po ogrodzie. Ten nie pozostał chłopakowi dłużny. Zaobserwował, skąd wypada kolejna kulka, tym razem rozpryskując się o ławkę, tuż obok syna mleczarza i jego żony. Ruszył pod drzewo i huknął.
- Paniczu! Jakżeś znudzony mam dla ciebie zadanie.
Chłopak nie odpowiedział. Zsunął z gałęzi resztę kulek jednym gestem i wszystkie spadły w okolicy wojaka. Żadna nie trafiła, ale zrobił krok w tył.
- Twoja matka dowie się o wszystkim.
- Gordon. - Roger westchnął. - Przepraszam, że cię trafiłem. Nie znasz się na żartach?
- Ależ tak! Zejdź, spłatam ci jeden.
- Ani myślę.
- Dobrze. Ojcu też opowiem, że dokuczasz wszystkim we dworze.
- O ile wróci. - Prychnął Roger. - Gdyby wrócił, jak obiecywał, nie nudziłbym się, a tak zżera mnie... - Przerwał, bo wojak uderzył w pień drzewa i to lekko się zatrzęsło. - Ej!
- Może jakbyś się sturlał tam z góry, to miałbyś trochę zabawy.
- Gordon! Stop! - rozległ się kobiecy głos. Wojak odwrócił się w kierunku, z którego go usłyszał i skłonił lekko. Lady Anna zmierzała w jego kierunku spacerowym krokiem.
- Milady, na twe rozkazy.
- Dziękuję. Zostaw mojego syna. Sam zejdzie, a szkoda, żeby rękę złamał. Lord mógłby mieć o to do ciebie żal.
- Oczywiście. Chciałem mu tylko uprzejmie wytłumaczyć...
- Idź sprawdzić, czy nie potrzeba cię może w stajni lub zbrojowni. Wychowanie syna zostaw rodzicom. - Wojak skłonił głowę i odszedł.
- Chodź tutaj synu! - Zawołała Anna. Roger niechętnie zsunął się z drzewa i stanął przed nią. - Czy mógłbyś się zająć czymś bardziej... wartościowym?
- Matko, ogromnie się nudzę. - Przewrócił oczami.
- To nie usprawiedliwia tego prostackiego zajęcia. Podejdź może do zbrojowni, poćwiczyć celowanie z łuku? Ktoś tam na pewno się tobą zaopiekuje.
- Gdyby ojciec wziął mnie na polowanie...
- Gdyby chciał, to by cię zabrał. Może nie zabiera właśnie dlatego, że nie ćwiczysz celności. Pomyślałeś o tym? - Spytała, nachylając się nieco do poziomu jego oczu. - Przecież byłeś z nim kilka razy w puszczy.
- Ale tylko raz pozwolił mi wymierzyć z łuku. Jeździli z drużyną, a ja pilnowałem dobytku...
- Cierpliwość Roger, cierpliwość. Trochę ci jej brakuje, wiesz?
- A mogę poćwiczyć zręczność przy zabawie z Timem?
- Roger... - Anna westchnęła i położyła mu rękę na ramieniu. - Dobrze, idźcie się zająć. Jadłeś śniadanie?
- Zjadłem małe co nieco w kuchni. - Szkoda mu było czasu na spędzanie go w jadalni. Zwykle podbierał coś z kuchni i udawał się do ogrodu. Anna tego nie lubiła, wolałaby, żeby zasiadł z rodziną do stołu i poświęcił im chwilę uwagi. Ronald jednak mówił, że młodość musi się wyszumieć. To był nie tylko jedyny syn, ale ich jedyne dziecko w ogóle. Oczko w głowie ojca i Anna uważała, że ten za bardzo mu pobłaża.
Roger opuścił matkę z pozdrowieniem dobrego dnia i pobiegł w kierunku mleczarki i jej syna, Tima. Oboje odeszli już od ławy, na której wylądowała kulka panicza, i zmierzali w stronę kuchni. Tim pomagał matce nieść butle z mlekiem, a było ich kilka. Roger podbiegł i wyciągnął rękę po butlę z ręki kobiety.
- Tereso, chętnie pomogę.
- Ależ paniczu...
- Podaj, proszę. - Nalegał, więc się zgodziła. Trochę ją kłopotał w takich momentach. Czasami chętnie pomagał, czasami zdawał się patrzeć na nich z góry i ignorować fakt, że są w pracy. Dało się wtedy odczuć, że traktuje ich jak pupilków, dobrych do towarzystwa w razie potrzeby. Gdy oddali butle kuchtom Roger spytał bez ogródek.
- Tim, idziesz ze mną do ogrodu?
Chłopak nie miał ochoty. Był dziś trochę niewyspany. Obiecał jeszcze pomóc ojcu przy wozie. Zanim zdążył zareagować, jego matka odpowiedziała za niego.
- Oczywiście, Tim, możesz iść. Wróć do mnie wieczorem, wracamy do wsi na noc, bo kobyła nam się cieli. - Teresa uznawała, że im bliżej Rogera Tim będzie się trzymał, tym lepiej to podziała dla ich interesów.
- Jasne. - Westchnął chłopak. - Prowadź.
Gdy chłopcy zajęli się grą w chowanego w ogrodzie, Teresa wróciła do męża. Nie był zadowolony, że stracił pomocnika, ale rozumiał decyzję żony.
Chowanego szybko znudziło wyjątkowo dziś marudnego dziedzica. Zaproponował rzucanie do celu. Tim się skrzywił.
- Już we mnie dziś wcelowałeś, paniczu...
- Przepraszam. Nie w ludzi, porzucajmy kamieniami do pustej beczki.
- Zróbmy tak, jak chcesz. - Timowi było to zupełnie obojętne, chociaż, jak to zwykle z chłopcami bywa, chętnie wszedł w rywalizację. Choć po niedługim czasie zirytowało go, że Roger znowu stawiał na swoim, przechwalając się lepszą celnością. Stracił humor i odszedł. Gospodarz podbiegł za nim, ale Tim nie miał ochoty na rozmowy. Nie traktował Rogera jak prawdziwego kolegę, pilnował się przy nim i maskował pewne reakcje.
Anna przechodziła tego dnia kilka razy w ogrodzie i czujnie zerkała, czym zajmował się Roger. Martwiła się, że jest taki gwałtowny i niecierpliwy. Reagował tak od zawsze na wszystko, a jej starania, aby nauczyć go cierpliwości i większej uwagi w znacznej większości spełzały na niczym. Początkowo zrzucała to na karb bycia dzieckiem. Chłopiec musi się wyszumieć. Jednak Roger stawał się już młodzieńcem, a jakby ciągle myślał tylko o rozrywce.
Młody dziedzic bardzo chciał, aby ojciec zaczął traktować go na równi i ciągle było mu mało jego uwagi i towarzystwa. Fakt, Ronald sporo bywał poza domem, a kiedy już był na miejscu, więcej czasu spędzał z kompanami lub z małżonką, niż z synem. Oczywiście był z niego dumny. Uczył go odczytywania ksiąg zarządczych, dzienników, pilnował też obecności na ćwiczeniach z bronią, lecz mniej uważnie. Roger traktował to bardziej jako rozrywkę niż poważną umiejętność, a Ronalda to irytowało. Zostawiał go wtedy samego, a Roger umykał wojakom, znudzony.
Anna uznawała, że chłopak powinien już umieć wyciągać wnioski i rozumieć konsekwencje swoich poczynań, w tym także to dlaczego ojciec nie zabiera go wszędzie, gdzie by chciał. Szybko się nudził, mówił, co mu ślina na język przyniesie w towarzystwie i nie trenował dostatecznie uważnie. Ciągle nie widziała progresu w praktyce. Teraz była świadkiem, jak Tim wyraźnie chciał odejść, ale Roger żądał uwagi i nie zamierzał go wypuścić. Zanim zdążyła zareagować, z zamyślenia wyrwała ją Kate.
- Lady Haghington, wybacz, że przeszkadzam.
- Słucham, Kate? - Odwróciła się w stronę głosu i zobaczyła rozpromieniony uśmiech młodej dziewczyny. - Co cię tak uradowało?
- Dostałam dziś rano niewielki bukiet kwiatów i poprawiło mi to humor na cały dzień. - Zarumieniła się lekko. - Przepraszam, nie chciałam się pani narzucać swoimi sprawami.
- Wspaniale! - Anna odpowiedziała równie promiennym uśmiechem. - Ależ wiesz, jak lubię słuchać różnych historii z okolicy. Opowiesz mi o pochodzeniu tego bukieciku?
- Może po kolacji? - Anna skinęła głową. - Za pozwoleniem...
- Tak, słucham cię.
- Czy pani życzy sobie zjeść coś w ogrodzie, czy zwyczajnie...
- Jak najbardziej w jadalni. Muszę wygonić mojego syna z tego ogrodu, bo widzę, że biedny Tim nie może się opędzić. Dopilnuj, żeby podali rybę tak na dwie godziny przed zmrokiem. Ciepłą.
- Tak, oczywiście. Mogę pani w czymś pomóc?
- Przygotuj mi nową szatę do spania. Być może pan wróci po kolacji, chciałabym odpowiednio wyglądać.
- Śpieszę. - dygnęła i się oddaliła. Anna mogłaby przysiąc, że niemal w podskokach. Taka z niej biła radość. Odwróciła się w kierunku chłopców i zawołała. - Roger! Podejdź tu, proszę!
Niechętnie zostawił Tima, który natychmiast zniknął z pola widzenia. Podszedł do matki niespiesznie.
- Kolacja będzie na stole na dwie godziny przed zachodem. Być może twój ojciec zdąży do tego czasu wrócić. Jeśli nie, na pewno dołączy w nocy. Wiem, że nie lubi sypiać w przydrożnych gospodach i robi wszystko, by na noc docierać do celu. Mogę liczyć na twoją punktualność na kolacji?
- Oczywiście, matko. - uśmiechnął się z grzeczności. - Cieszę się, że ojciec jest blisko. Chciałbym mu dużo opowiedzieć.
- Mam propozycję, pochwal się, jak ćwiczyłeś pod jego nieobecność. Idź proszę, postrzelać z łuku, pokażemy mu twoją tarczę.
- Ech... - westchnął bardziej do siebie niż do niej. - Dobrze, matko. Tim i tak musiał już iść.
Skinęła głową z aprobatą. Odwrócił się i skierował w stronę zbrojowni, aby znaleźć kogoś do noszenia strzał i odebrać broń. Anna wróciła do dworu.
Spotkali się ponownie dopiero na kolacji. Roger przyszedł wreszcie zmęczony. Matka cieszyła się w duchu, że coś jeszcze potrafi go tak wymęczyć. Zauważyła draśnięcia od cięciwy na jego palcach i uwierzyła, że solidnie ćwiczył.
- Usiądź, Roger. Pozostawiłeś strzały w celu?
- Uhm... - Przytaknął, siadając i ochoczo biorąc kęs mięsa. Po chwili dodał - Myślisz, że ojciec wróci przed zmrokiem?
- Wiesz, że zawsze goni przodem posłańca. Zorientujemy się. Mogą dotrzeć w każdej chwili. - Uśmiechnęła się do niego. - Nie musisz jeść tak szybko, zadławisz się. Cierpliwość, Roger.
Chłopak zamyślił się. Nie powiedział ani słowa więcej do końca kolacji. Przytakiwał tylko lub zaprzeczał pytaniom matki. W końcu poprosił o odejście od stołu i wybrał się na górę, do swojej sypialni. Rozebrał się, do spania ubrał tylko lekkie spodnie. Na szyi dyndał mu rzemień z pierścieniem rodowym. Otrzymał go od ojca na ostatnie urodziny, ale był jeszcze za duży na jego palec. Zacisnął pierścień w ręce i przysiadł w oknie, wyglądając na ogród i nasłuchując. Kiedy lord Haghington wracał, zawsze robiło się gwarno, nieważne o jakiej porze dnia. Niedługo po zmroku zmorzył go jednak sen. Kiedy głowa opadła mu na ramę okna, ocknął się i zdecydował jednak położyć. Dwór nadal był pogrążony w spokoju wieczoru.
Anna siedziała w jadalni, dopóki ogień w kominku nie wypalił się do końca. Wraz z Kate plotkowały o bukieciku, który dziewczyna otrzymała tego ranka od Deana, zarządzającego ogrodem. Anna życzyła jej dobrze, bo dziewczyna była bardzo sumienna i oddana, a przy tym przekonała się już nie jeden raz, że można jej było powierzyć również osobisty sekret. Jeśli będzie tu szczęśliwa, chętnie zostanie blisko dworu i pomoże jej. A kto wie, może uda im się jeszcze z Ronaldem postarać o drugie dziecko? Minęła przeszło dekada starań, ale nie traciła nadziei.
Gdy kominek dogasł, kobiety rozeszły się. Anna sama do swojej sypialni, Kate do znajdującej się nieopodal niej izdebki. Będąc w zasięgu słuchu od sypialni państwa, mogła zareagować, gdyby była potrzebna. Izba Rogera również była w tym samym korytarzu, co pozwalało jej być blisko całej rodziny, jaką z dumą się opiekowała. Naszykowała posłanie, przywdziała lekką szatę nocną, odmówiła modlitwę, klękając przy łóżku i położyła się spać. Zasnęła spokojnie i dość szybko. Jej sen był jednak czujny i dobrze słyszała, jak pan wrócił do domu.
Nie starał się nawet być dyskretny. Na dworze rozległ się rwetes, który przeniósł się do jadalni, ale potem dość szybko kroki wybrzmiały na schodach i korytarzu wiodącym do małżeńskiej alkowy. Im bliżej jej się znalazł, tym ciszej starał się stąpać. Wyraźnie nie chciał obudzić rodziny. Kate uśmiechnęła się pod nosem i pomyślała, że jutro pomoże się pani przystroić tak, by ta zrobiła na mężu odpowiednie wrażenie. Przewracała się trochę z boku na bok, zanim ponownie zasnęła. Noc z pozoru nie różniła się od żadnej innej.
W pewnym momencie przez sen nabrała wrażenia dziwnego niepokoju. Nie wiedziała, czy to sen, czy też jawa. Z nieprzyjemnym uczuciem przeciągnęła się lekko, ale nie otwierając nawet oczu czuła, że dzień jeszcze nie wstał. Było cicho. W zasadzie było zbyt cicho. Dwór zawsze tętnił życiem, w nocy również krzątali się po nim mieszkańcy. Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, słysząc jedynie miarowe oddechy. Aż zdecydowała się otworzyć powieki. Otwarła usta do krzyku, bo jej oczom ukazały się twarze dwóch mężczyzn, stojących nad nią z nożami. Jeden z nich szybkim gestem położył jej dłoń na ustach i, przykładając nóż do warg, lekko pokręcił głową. Zrozumiała, że żąda milczenia.
Drugi mężczyzna chwycił ją za nogę poprzez koc, którym była nakryta. Ścisnął ją i przesunął dłoń bliżej jej uda. Delikatnie pokręciła głową w proteście. Napastnik puścił nogę, ściągnął z niej koc i bezceremonialnie wsadził rękę pod szatę. Szarpnęła się i w jej oczach pojawiły się łzy. Ten, który trzymał ją za twarz, nachylił się bliżej, przykładając wargi do jej ucha.
- Jesteś damą pani tego domu? - Wyszeptał. Pokiwała głową, o tyle jak mogła nią ruszyć. Mężczyzna podniósł się i szarpnął drugiego. Powiedział mu coś do ucha. Podnieśli ją i wywlekli na korytarz, ciągle zatykając usta. Rozglądała się, ale nie rozumiała, co się dzieje. W drugim korytarzu odchodzącym od schodów dostrzegła w cieniu szarego poranka leżące ciało. Sądząc po kształtach - kobiece. Ktoś się nad nim pochylił i starał się bardzo cicho przeciągnąć je do izby obok. Dopiero gdy dwóch napastników sprowadziło ją na dół, dostrzegła innych. Wraz z ich przywódcą, którego poznała po bogatszym, odmiennym ubiorze. Zachowywali się niezwykle cicho. Część stała przy dowódcy, a część sprzątała ciała. Mnóstwo ciał. Kate z przerażeniem rozpoznawała kolejne twarze. Zaczęła szlochać. Co tu się dzieje?
Mężczyźni zatargali dziewczynę do kąta. Jeden z nich został z nią i trzymał jej ręce z tyłu, aby niczego nie próbowała. Zakneblowali ją kawałkiem materiału odciętym od czyjejś koszuli. Drugi podszedł do dowódcy i wymienił z nim kilka informacji szeptem. Czekali. Posprzątali wszystkie ciała i czekali. Gdy słońce rozświetliło już poranne niebo, dało się słyszeć delikatny dźwięk dzwonka. Kate z przerażeniem zrozumiała, że pani wstaje. Chciałaby krzyknąć, by ją ostrzec, było to jednak niemożliwe. Kolejny dzwonek. Niedługo potem skrzypnięcie drzwi. Powolne kroki poniosły się echem po nienaturalnie cichym pomieszczeniu. Niedługą chwilę potem Kate dostrzegła, jak jej panią sprowadza kolejny zbir. Miała unieruchomione ręce i zasłonięte usta. Dowódca podszedł do niej, gdy tylko odstawiono ją na dole schodów.
Anna dobrze znała Toma Younga. Nieraz widywała jego ludzi, gdy próbowali pertraktować w różnych sprawach z jej mężem. Wiedziała, żeod dawna knuł, jak przejąć majątek Ronalda. Ziemie Hanghingtonówprzylegały do jego ziem, a ich przejęcie skutecznie powiększyłobywpływy i majątek Younga. Nigdy nie wprowadzano jej w te sprawy,po prostu dużo słyszała i rozumiała z rozmów męża czy członków jegodrużyny. Gdzie oni teraz są?
Wiedziała też, że Toma zwą Mordercą. Przydomek prosty i bardzowymowny – był bezlitosnym tyranem. Wszyscy jego poddani, próczmieszkańców jego małego dworku mieszczącego się w niewielkim zamku, żyli w biedzie i ciągłym strachu. Ale czy to możliwe, że przyszedłtu dziś, aby zaatakować? Powinien znać powszechne prawo i wiedzieć,że dom lorda jest jego ostoją. Zamordowanie człowieka błękitnej krwiwe własnym domu może być ścigane prawem, a karą może być nawetśmierć. Przecież nie odważyłby się...
Tom Young odezwał się półgłosem, a na jego twarzy gościł ironiczny uśmiech:
– Milady Anna, kłaniam się nisko. – Tu przykląkł na jednym kolanie, szybko jednak wstał. W prawej ręce dzierżył zwój. – Proszę o wybaczenie za te niedogodności, ale nie mogę sobie pozwolić, aby jakiś nieprzemyślany krzyk czy hałas zniweczył moją niespodziankę. Przyszedłem tu dziś do lorda Ronalda. To, co tu mam – uniósł rękę, dzierżąc zwój ze złamaną pieczęcią – daje mi pełne prawo do wykonania na nim wyroku śmierci. Popełnił bowiem ciężkie wykroczenie polowania w lasach królewskich i czczenia diabła w tym domu. – Nie zwracał wcale uwagi na zaprzeczający gest głowy Anny. – Cudem udało mi się uratować od wyroku ciebie i panicza. Administracja nie była do końca przekonana, że nie jesteście skażeni takimi zachowaniami. Przekonałem ich jednak, że lord Haghington jest sprawnym manipulatorem. Wprawdzie jesteśmy tu już od dłuższego czasu, chciałem jednak, abyś wyszła, pani, z alkowy. Nie mogę pozwolić, by te piękne oczy oglądały tak okropną karę.
Stał bardzo blisko i patrzył bezpośrednio w jej oczy. Nie mogła zapanować nad strachem, który się w nich malował. Czuła, że on go rozpoznał, ale nie potrafiła temu zapobiec. Teraz zauważyła, że zwój nosił pieczęć hrabiego i znak królewski. To koniec. Ale przecież te oskarżenia to same kłamstwa! Mimo to oni naprawdę przyszli tu zamordować jej męża. Szarpała się, ale nic to nie pomagało. Spojrzała na Kate. Dziewczyna stała niczym zbity szczeniak i wbijała wzrok w podłogę. Z nikąd pomocy.
- Milady. – Głos sprawił, że znów spojrzała wprost w jego oczy. – Proszę się nie denerwować. Zaopiekuję się panią i zabiorę na swój zamek. Wspólnie wychowamy twojego syna. Włościami Haghingtonów także się zaopiekuję, będziemy mogli rządzić nimi razem. Odetchniesz pełną piersią po zrzuceniu jarzma... ale teraz, proszę mi wybaczyć, mam jeszcze coś do zrobienia. – Mówiąc to, uśmiechnął się jeszcze szerzej, pomachał jej przed oczami zwojem zawierającym wyrok i szybko się odwrócił. Zawołał na swoich ludzi. Czwórka z nich wspólnie z nim ruszyła do góry. Anna próbowała krzyczeć – na marne. Spróbowała nawet kopnąć swojego oprawcę, ale miała zbyt delikatny bucik na nodze, podczas gdy on okuty był w strój wojskowy i zbroję.
Roger spał zupełnie nieświadomy niczego. Po wieczornym treningu i zabawach z Timem okazało się, że potrzebował snu bardziej, niż mu się wydawało. Nie usłyszał ciężkich kroków ojca, chociaż tak ich wyczekiwał. Nie usłyszał też, gdy w jego sypialni pojawili się napastnicy. Podobnie jak Kate, wyrwali go ze snu i wytargali na zewnątrz.
Kiedy Anna zobaczyła, że sprowadzają na dół jej półnagiego syna, chciała wyciągnąć po niego ręce, ale nie pozwolono jej na to. Roger był zupełnie zaspany i zaskoczony. W rękach żołnierza niosącego go niemal nad ziemią zdawał się zupełnie bezwładny. Został wrzucony do spiżarni niczym worek z towarem. W oczach matki pojawiły się łzy. Żołnierz zawołał dwóch kamratów do przypilnowania spiżarni i szybko wrócił do góry.
Gdy tylko Roger się ocknął z marazmu, wyjrzał przez szparę w drzwiach. Matka i Kate przytrzymywane były przez jakichś żołnierzy, dwóch z nich stało też przy jego drzwiach. Reszta rozproszona była po salonie i przy drzwiach wejściowych. Nigdzie nie było ojca ani jego ludzi. Chłopak poczuł, że dzieje się coś niedobrego. Człowiek, którego przez chwilę widział na piętrze, był mu znany. Kojarzył go z kimś niemile widzianym we dworze. Nagle usłyszał z góry szczęk żelaza i zduszony krzyk. Spojrzał na matkę. Pilnujący jej żołnierz rozluźnił uścisk. Nie było już powodu, aby utrzymywać ciszę. Upadła na kolana, zaczęła szlochać i ukryła twarz w dłoniach. Powinien tam być. Z nią. Teraz. Powinien ją wspierać. Skoro ojcu i jego ludziom stało się coś złego, on nie powinien tak tego pozostawić. Z góry schodzili ludzie, których mijał wcześniej. Ich przywódca – jak on się, u licha, nazywał? – stanął nad matką. Wyciągnął do niej rękę, ona jednak nawet na niego nie spojrzała.
Roger nasłuchiwał. Wymiana zdań napastnika i lady Anny przybrała intensywny wydźwięk. Widział jednak, że ten jej nie atakuje. Nie groził jej niczym ostrym i nie kazał aresztować. Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu i dostrzegł w jego końcu skrzynię na zboże. Gdy nie była wypełniona w całości, można było przez nią przejść na drugą stronę muru, a stając na niej, dosięgnąć gałęzi drzew. Z dworu dobiegł go szloch matki i groźba przybysza:
- Hm... Doceniam odwagę. Skoro nie dbasz o siebie, może zadbasz o swojego syna.
Nie było czasu dłużej się zastanawiać. Nie pomoże matce martwy. Roger przeturlał się przez zbiornik na zboże i przesadził mur. Biegł przed siebie ukryty przez szarugę poranka. Nie oglądał się, a po twarzy płynęły mu łzy. Dopadł brzegu puszczy. Zaszył się w najbliższych jej ostępach i przysiadł. Miał na sobie wyłącznie lekkie spodnie i zawieszony na szyi rzemień z pierścieniem. Drżał z zimna i podniecenia. Ścisnął pierścień z pieczęcią rodową. Żołdak Mordercy nie zauważył, jak wartościowa to rzecz, inaczej z pewnością by mu ją odebrał.
Został sam.